Anomalia Fruit of the Loom — Waszyngton, 1871

Smithsonian American Art Museum i National Portrait Gallery · Industrial / Modern · 1871
Anomalia Fruit of the Loom — Waszyngton, 1871
Mystery / Sci-FiIndustrial / ModernSmithsonian American Art Museum i National Portrait Gallery1871Mortimer D. LeggettDr. Hans Wegner

Wciel się w projektanta kultowego logo w 1871 roku. Tworząc wersje z rogiem obfitości i bez niego, uruchamiasz rozszczepienie rzeczywistości. Przejdź przez dekady śledztwa prowadzącego do CERN i projektu Looking Glass.

Wszedłem do dusznego gmachu urzędu patentowego i położyłem na dębowym biurku dwa warianty mojego projektu: jeden z rogiem obfitości, drugi bez niego. Komisarz Mortimer Leggett spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem i uniósł pióro. W tym samym momencie gazowe lampy gwałtownie przygasły, a powietrze zasyczało dziwną, magnetyczną wibracją. Urzędnik zażądał, abym natychmiast zdecydował, który projekt ma zostać oficjalnie zarejestrowany jako znak numer czterysta osiemnaście.

Wskazałem zdecydowanie na róg obfitości, lecz zdezorientowany nagłym błyskiem urzędnik przypieczętował oba arkusze wspólnym numerem patentu. Oślepiający skok napięcia pozbawił mnie przytomności. Cztery lata później, w kwietniu tysiąc osiemset siedemdziesiątego piątego roku, stoję w głośnej, zapylonej szwalni w Rhode Island, trzymając w rękach pierwszą uszytą koszulę. Na metce widnieją same owoce, a kierownik produkcji krzyczy mi prosto w twarz, że wersja z rogiem nigdy nie istniała.

Położyłem na blacie garść dolarów, a komisarz Leggett, mamrocząc pod nosem, przybił pieczęcie na obu wnioskach jednocześnie. Powietrze przeszył ostry trzask wyładowania elektrostatycznego, aż zgasły wszystkie lampy gazowe, a w moich uszach rozległ się ogłuszający pisk. Gdy odzyskałem zmysły, minęły cztery lata – stoję w wilgotnej, głośnej szwalni w stanie Rhode Island, trzymając w rękach pierwszą partię gotowych ubrań. Z przerażeniem patrzę na prostą metkę, na której brakuje zaprojektowanego przeze mnie rogu obfitości, choć kierownik produkcji przysięga, że tak właśnie wyglądał mój jedyny zaakceptowany projekt.

Gwałtownym ruchem szarpnąłem oba projekty z dębowego blatu, zanim komisarz Leggett zdążył przyłożyć pieczęć. Syczenie lamp gazowych ustało tak nagle, jak się zaczęło, pozostawiając w uszach kłującą, nienaturalną ciszę. Urzędnik zmrużył oczy i wskazał grubym palcem na leżącą obok, identyczną teczkę, z której już wystawał mój rysunek z rogiem obfitości. „Spóźnił się pan, panie Pendleton, te dokumenty złożył pan osobiście wczorajszego popołudnia” — wychrypiał, a ja poczułem lodowaty dreszcz, ściskając w rękach te same, rzekomo wciąż nienadesłane arkusze.

Wycofałem projekt z rogiem obfitości, rejestrując jedynie same owoce. Cztery lata później, dwunastego kwietnia tysiąc osiemset siedemdziesiątego piętego roku, wszedłem do głośnej szwalni korporacji Knight w stanie Rhode Island. Na gotowych metkach bawełnianych koszul ujrzałem wyszyty róg obfitości, którego przecież nigdy nie zatwierdziłem. Gdy pokazałem to kierownikowi produkcji, ten wzruszył ramionami i chłodno odparł, że na metkach są tylko owoce, a żadnego rogu tam nie ma.

Ominąłem wściekłego majstra i zapytałem prządkę o róg obfitości; dziewczyna ze strachem wyszeptała, że jeszcze wczoraj widziała go na wzornikach, które dziś rano nagle zniknęły. Kierownik brutalnie wypchnął mnie za bramę fabryki, ostrzegając, bym nie mącił ludziom w głowach. Przez kolejne osiemnaście lat obsesyjnie tropiłem tę anomalię, aż pierwszego maja tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego trzeciego roku trafiłem na Wystawę Światową w Chicago. Stoję przed pawilonem naszej marki, nad którym wielki, elektryczny szyld reklamowy zaczyna podejrzanie migotać.

Odepchnąłem wściekłego kierownika i ruszyłem wprost do ciężkiej prasy drukarskiej na zapleczu szwalni. Wyciągnąłem z gniazda maszynowego masywną, metalową matrycę służącą do odbijania znaków na metkach ubrań. Na twardej stali wyryte były wyłącznie owoce — bez najmniejszego śladu rogu obfitości, choć świeża farba na moich palcach mrowiła dziwnym, magnetycznym prądem. Kierownik chwycił mnie mocno za ramię i zagroził wezwaniem policji, a w mojej głowie eksplodował potężny, pulsujący ból.

Wyciągnąłem z kieszeni kamizelki pożółkły szkic i podsunąłem go kierownikowi pod nos, wskazując na misternie narysowany róg obfitości. Mężczyzna spojrzał na papier, zmarszczył brwi i parsknął śmiechem, pytając, czy stroję sobie z niego żarty. Spojrzałem na rysunek i krew odpłynęła mi z twarzy — czarny atrament na moich oczach rozmywał się, pozostawiając jedynie nagie owoce. Zrozumiałem, że przeszłość zaczęła się zmieniać, a moje poszukiwania prawdy zajęły mi kolejne osiemnaście lat; teraz stoję przed lśniącym pawilonem na Wystawie Światowej w Chicago w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym trzecim roku, gdzie potężny, elektryczny szyld reklamowy zaczyna podejrzanie migotać.

Rzuciłem z powrotem oba arkusze na dębowy blat, aż ciężki kałamarz podskoczył i zachrobotał o drewno. Zażądałem natychmiastowego anulowania tamtego drugiego zgłoszenia, wskazując palcem na otwartą teczkę z moim własnym, rzekomo wczorajszym podpisem. Mortimer Leggett pobladł, a jego dłoń z piórem zaczęła drżeć, gdy przenosił zdezorientowany wzrok z moich rąk na dokumenty leżące na stole. Zanim zdążył odpowiedzieć, gazowa lampa gwałtownie syknęła, a czarny atrament na obu projektach z rogiem obfitości zaczął dziwnie lśnić i drżeć, jakby papier odpychał metaliczne drobiny.

Zabrałem koszulę bez rogu jako dowód i opuściłem szwalnię, czując lodowaty niepokój. Przez kolejne osiemnaście lat ukrywałem ten fantomowy przedmiot, bezskutecznie szukając odpowiedzi, podczas gdy świat wokół mnie całkowicie wymazał róg obfitości z pamięci. Dziś, pierwszego maja tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego trzeciego roku, jako sześćdziesięcioczteroletni człowiek, przybyłem na Światową Wystawę w Chicago. Stoję przed pawilonem naszej marki, a wielki, nowoczesny szyld oświetlony setkami żarówek zaczyna nagle drżeć, ukazując na przemian róg obfitości i pustą przestrzeń wokół owoców.

Wyrwałem mu skórzaną teczkę z rąk i rzuciłem ją na dębowy blat obok moich nowych szkiców. Przyjrzałem się obu dokumentom pod migoczącym światłem lampy gazowej: na wczorajszym arkuszu atrament był już wyblakły i pożółkły, mimo dzisiejszej daty ósmego sierpnia tysiąc osiemset siedemdziesiątego pierwszego roku. Przerażony urzędnik cofnął się gwałtownie, chwytając za mosiężny dzwonek, by wezwać strażników. Musiałem podjąć szybką decyzję, nim urzędnicy wezwą ochronę gmachu.

Wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni kamizelki mój oryginalny, pożółkły szkic z tysiąc osiemset siedemdziesiątego pierwszego roku, wyraźnie przedstawiający róg obfitości otaczający owoce. Kierownik produkcji wyrwał mi papier z rąk, ale gdy tylko na niego spojrzał, czarny tusz zaczął blednąć i rozmazywać się na naszych oczach, pozostawiając jedynie puste tło wokół jabłka i winogron. Mężczyzna pobladł, po czym rzucił zniszczony dokument na podłogę, oskarżając mnie o stosowanie tanich sztuczek i fałszerstwo. Moje serce zabiło mocniej, gdy zdałem sobie sprawę, że sama przeszłość ulega fizycznej zmianie na moich oczach.

Zagraj w OmniHistory →